Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2019

Mikołaj nie istnieje

Nie wiem czy kiedykolwiek wierzyłam, że Mikołaj istnieje. Bo nie o wiarę tu szło, ale o umowę. O umowę, że w długą noc grudniową on przychodzi. On we własnej niewidzialnej postaci. Tak, tak, należę do tych, którzy w dzieciństwie nie mieli okazji  do dotknięcia Mikołaja w postaci wyrośniętego krasnoluda z worem. W moim dziecięcym świecie nie było nic ważniejszego niż gra wyobraźni oparta o umowy. Nie było nic ważniejszego niż te światy na niby, stwarzane w bajkach, baśniach, legendach ale też w rówieśniczej grupie. Stwarzane na szybko, w pospiesznym rozdaniu ról osobom i rzeczom, w zorganizowaniu bardzo oszczędnych  kostiumów i rekwizytów.  Zwykle najbardziej podręcznych z  podręcznych. Tkwiąc po kokardy i pilotki w świecie umowy, ja i moi  rówieśnicy żyliśmy sobie szczęśliwie w nim aż się nam znudziło albo …przyszedł ktoś z gatunku „psuj". Dziś „psuje" rosną jak grzyby po deszczu. I kompletnie dewastują rodzicielsko-dziecięcą grę w Mikołaja. Tę odwieczną rodzinną grudn

Jesieniara po prostu

To ostatni moment, by o niej napisać. Bo za chwilę przyjdzie zima i jesieniary będą passé. Bo jesieniara to internetowa dziewczyna albo kobieta… zatopiona w jesieni. Tragicznie, dramatycznie, melancholijnie albo pół żartem, pół serio. Absolutnie bezinteresownie, albo wręcz przeciwnie – komercyjnie. Tak czy siak, jesieniara to miłośniczka klimatów i klimacików jesiennie płomiennych, złotych, rdzawych, mgielnych. Koniecznie z takimi obrazami, jak: opadłe liście, nagie drzewa, dynie, chryzantemy (najlepiej złociste!), obłoczek herbaty tonizujaco-uspokajającej, która rozgrzewa wszystkich wokół (a najbardziej  powinna rozgrzewać tych po drugiej stronie ekranu!). Tę samą funkcję może spełnić chmurka Pumpkin Spice Latte nad pomarańczowym kubkiem. Ewentualnie obłoki gorącej czekolady albo kakao (choć to chmurki troszkę retro).   Dobrze widziane atrybuty jesieniary to także: ciepłe swetry, szale i szaliki, zakolanówki, koce i kocyki, książki z jesiennymi okładkami i ….świece. Dużo ś

Silversi

Nasz język rośnie jak na drożdżach. Pączkuje. Każda orientacja polityczna, płciowa, wiekowa, ekonomiczna, itd… chce dorzucić swoje „trzy grosze” do naszego ogólnego słownika. Marketing, jego syn Copy i ich media własne, zawłaszczone i kupione (reklamy, artykuły sponsorowane) też mają swój udział w codziennej walce o ważne, mniej ważne i zupełnie nieważne słowa. No i jeszcze nie należy zapominać o SEO, wielkim słownikarzu, podpiętym do Google. Eufemizmy nie pytają, eufemizmy otulają Nic więc dziwnego, że niektóre słowa obrastają w wiele podobnych czy równoznacznych znaczeniowo, nieomylnie wskazując na wzmożone zainteresowanie tym, co oznaczają. Inne z tych samych powodów – to jest wzmożone zainteresowanie czymś –  się rodzą i robią zawrotną karierę. Albo też stają się popularne, bo są bardzo poręczne i na przykład... cudownie eufemistyczne. Jak na przykład słowo „silvers/silversi”, które wypiera „50+”, nie mówiąc o takich określeniach, jak: seniorzy czy emeryci. Jest to wyśmien

Pułapki w sztuce nazywania

Niedawno pewna gazeta donosiła: „Belgia ma nową premierkę. Pierwszą w historii kobietę na tym stanowisku”. Wszystkim związanym z przemysłem rozrywkowym i marketingiem ten tytuł „nie gra”. Bo nie może grać. Bo prapremiera, premiera, premierka mają swoje stare znaczenia. Dobrze utrwalone. A tak na marginesie istnieją jeszcze takie powiązane z premierą słowa jak: premiera prasowa, telepremiera, przedpremiera, a nawet kontrpremiera. Od zawsze rzec można*, premierka była pogardliwym określeniem premiery – pierwszego przedstawienia utworu lub towaru.  A samo słowo  premiera wywodzi się od francuskiego wyrażenia première représentation – „pierwsze przedstawienie”. Premiera Tytuł  przytoczony na wstępie posta, napisany prawdopodobnie z intencją  poskromienia męskiej końcówki w  roli odgrywanej  przez  kobietę, wybrzmiewa co najmniej niezręcznie. Miało być równościowo i modnie, a wyszło…niezręcznie albo kabaretowo. Tytuł z belgijską premierką, o którym mowa aż prosi się o prześmie

Krakowska panna, gdańskie trzewiki, toruńskie pierniki

Zaczyna się czas pierników. Jak mówi przysłowie: Święta Katarzyna wypiek rozpoczyna. Pewnie niektórzy z was zapytają, a co ma czas pierników do … copywritingu. O content marketingu czy kreatywnym pisaniu nie wspomnę. Pierny chleb leczniczy Tymczasem historia piernika składnie splata się z historią reklamy. Choćby z historią rymowanych haseł-zachwalanek, jak na przykład to: Piernik to jest cud przyrody, żołądkowe leczy wrzody. To chyba jedna z najbardziej znanych piernikowych rymowanek-zachwalanek*, a pochodzi z czasów, gdy pierniki były jeszcze pod opieką domowych panien aptecznych (podobnie jak wódeczka!). Można też przytoczyć mnóstwo przykładów piernikowego copywritingu, w którym odwoływano się do autorytetu, jak na przykład ten fragment druku reklamowego z 1928 roku: Wyroby firmy Gustawa Weese, największej i najstarszej fabryki pierników w Toruniu, uznane zostały przez świat lekarski jako nadzwyczajne pieczywo, ponieważ działają nie tylko podniecająco na apetyt, lecz poma

Trucizny

Nie da się ukryć, że żyjemy w czasach gdy słów używa się jako broni rażącej. I nie da się jasno i wyraziście określić jakie słowa i w jakiej dawce ranią, a nawet zabijają*. Czasami wystarczy tylko bardzo subiektywne odczucie trucizny, aby czuć się zatrutym. Chciałoby się powiedzieć: Każdy ma swoją dawkę trucizny! I odtrutki, i odtrutki… Tłumaczyzm Trucizną może być żart, krytyka i mansplaining, womansplaining/girlsplaining, adultsplaining i każdy inny „tłumaczyzm” uprzywilejowanego „tłumacza” wobec „poddanych”. Każde tłumaczenie**: aroganckie, nonszalanckie, pogardliwe. Każde tłumaczenie, gdy autor lub autorka są wyjątkowo pewni swojego zdania przy równoczesnym braku kompetencji i komunikacyjnej wrażliwości i/lub techniki. Kiedyś nazywano to butą. A o butnych „tłumaczach” mówiono : arogancki dupek. Zaraz, zaraz..., a jak mówiono o butnych tłumaczkach? Zuchwała? Apodyktyczna? W każdy razie – ze względu na rzadkość zjawiska (publiczna buta kobiet nie jest jednak tak stara jak świa

Adrian kocha wszystkie kobiety

Adrian kocha wszystkie kobiety. Taki jest Adrian… Kocha kobiety. Wszystkie kobiety. I chyba nie kłamie, bo od lat ubiera ich nogi: chroni, eksponuje, stylizuje, fetyszyzuje. Bez względu na wiek, wagę, stopień sprawności, a nawet uzależnienia i orientację seksualną. W ogóle Adrian lubi angażować się społecznie, a od czasu do czasu nawet politycznie. No może niebezpośrednio, ale jednak…. Jednak podstawowy problem Adriana – tak przynajmniej mówią na mieście – polega na tym, że nie potrafi przestać …handlować. I nawet wówczas gdy serio tonem mówi o naprawdę serio problemach, ostentacyjne demonstruje swoje produkty. Niestosownie do kontekstu i nachalnie aż do bólu, obrzydliwie zmysłowo – mówią na mieście. Adrian po prostu nie ma dobrego smaku! – krzyczą. A może Adrian nie lubi być smaczny? Może po prostu wierzy w wizerunkową i marketingową siłę tarcia jaka powstaje w jego „publicznych występach”, siłę tarcia pomiędzy obrazem, dołączonym do niego sloganem i ich społecznym ko

Komu w drogę, temu książka

Marketing książki i marketing przez książki to coś, co mnie zajmuje absolutnie wyjątkowo. Pisałam wielokrotnie między innymi o fictomercialu – o lokowaniu produktu w literaturze.   A niedawno dowiedziałam się, że właśnie ruszył portal „Książki na drogę”, uruchomiony przez stowarzyszenie „Dziki Bez”. Portal pomyślany jako miejsce służące znakowaniu mapy geograficznej Polski – literaturą. Jako miejsce spotkań literackiej fikcji, literatury niefikcyjnej i geografii Polski. Literatura znakująca rzeczywiste miejsca*  to pomysł szalenie mi bliski. Myślę o nim od lat prawie codziennie, idąc ścieżkami, ścieżynkami i ulicami mojego miasta, tropami zostawionymi mi przez Bienka. Horsta Bienka. I słowo daję, że czasami czuję ten zapach dzikiej lawendy i róż, który opisał w swojej Ostatniej polce. I słyszę dźwięk żółtych tramwajów, z jego dzieciństwa. Choć w moim mieście od lat już nie jeżdżą tramwaje. I nikt lepiej niż Bienek nie zwrócił mojej uwagi na ślady niegdysiejszego „żeliwnego imperi

Filuterna czerń, czyli moc słowa

Niedawno pisałam o mocy kolorów. To jedna z tych mocy, którą powinien umieć władać także… copywriter. Serio, copywriter powinien umieć władać kolorami – dozować słowami ich odcień, jasność, nasycenie. Żonglować ich nazwami (Uwaga! Kolorów jest tyle, ile ich nazw!). Używać ich  do pobudzenia wyobraźni i pożądania. Zwłaszcza jeśli ten copywriter, który podbija rynek produktów i usług związanych z doświadczeniami smaku, węchu, dotyku, „klimatu” (aury), choć nie tylko, nie tylko. Właściwy kolor i właściwie podany – w rzeczywistości i słowem – dosmacznia, przydaje rzeczom aromatu, miękkości, giętkości, sprężystości i ciepła, świetlistości, czyni bardziej (czasami wręcz wyjątkowo!) interesującym. Nie wierzycie? Popatrzcie jakie poetyckie są dawne gazetowe opisy modnych kolorów w modzie, na przykład ten z 1933 roku:  Patou, swoim obyczajem lansuje dwie barwy opatrzone swoim imieniem i nazwiskiem: będzie to gris Patou oraz bleu perle — ten ostatni, jak głosi reklama, stworzony został z

Niesamowita moc kolorów

Polska jesień październikowa ma to do siebie, że „demonstracyjnie manipuluje” kolorami. Ożywia potrzebę otaczania się nimi. Jakby na zapas, tuż przed potopem późnojesiennych i zimowych monochromatyzmów – szarości, czerni, bieli. Czerwony dywan Sylvii Plath W  październiku  prawie wszyscy jesteśmy  jak Sylvia Plath, która jesienną chandrę zabijała... czerwienią! W listopadzie 1961 roku pisała: Nadchodzi pięć ponurych miesięcy. Odczuwam zawsze żal za odchodzącym latem, gdy wczesnym popołudniem zapada mrok, więc przez najbliższy miesiące będę dogadzać swemu organizmowi, gdyż jest to w moim przypadku najlepsze lekarstwo na chandrę. Trudno uwierzyć, by dywany mogły kształtować stan umysłu, ale znając swoją wrażliwość na kolory i faktury jestem przekonana, że czerwony dywan pozwoli mi zachować wieczny optymizm... * Niedokolorowanie  nasze powszechne I gdy tak wczoraj myślałam sobie o tym polskim październikowym karnawale kolorów, późnojesiennym monochromatyzmie i czerwonym dywanie S

Polska czyta

Koniec lata… Koniec luźnego latania. Początek zmobilizowanego czytania. Pokazywanego na żywo, transmitowanego i retransmitowanego i takiego... pokazowego: na głos/ głosy, po cichu ale w specjalnie zebranym czytelniczym tłumie, sportowego (o laur najszybszego, najwydajniejszego w sztukach, metrach, kilogramach), ekstremalnego (najdłuższego, w najwyższym punkcie, w najniższym punkcie, w najgorszych warunkach pogodowych) performatywngo (w specjalnie przygotowanych przestrzeniach, maskach, kostiumach). Bo na granicy lata i jesieni Polska albo idzie na grzyby albo odgrywa/ ogrywa, rozgrywa czytanie. W tym wrześniu  w czytaniu wyraźnie dają o sobie znać dwa trendy: narodowy centroseksualny. PS. Grzybów tej jesieni podobno jest wyjątkowo dużo. Teraz czas na Ciebie. Blogowanie to gra zespołowa.  * Zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla mnie ważna wskazówka. ** Jeśli Ci się podobało, prześlij ten wpis dalej. Sprawisz, że moja praca przyda się kolejnym osobom. ***Polu

Lokowanie produktu w literaturze

„Są w życiu chwile, dla których specjalnie wynaleziono lody Magnum w białej czekoladzie. To jest właśnie jedna z nich” – pisze Sophie Kinsella w jednej z tych swoich babskich historii, nazywanych „chick lit" albo po prostu różową literaturą. Czy  zacytowane zdanie to fictomercial, czy tylko znak czasów, w którym globalnie podlizuje się lody „Magnum" w białej czekoladzie, zwłaszcza gdy jest się kobietą, ma się trzydzieści lat i problemy: z poczuciem własnej wartości i z nimi… facetami... Więcej tutaj : Fictomercial, czyli lokowanie produktu   Teraz czas na Ciebie. Blogowanie to gra zespołowa.  * Zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla mnie ważna wskazówka. ** Jeśli Ci się podobało, prześlij ten wpis dalej. Sprawisz, że moja praca przyda się kolejnym osobom. ***Polub  Content i Marketing   na Facebooku.

Smutek pustych słoików

Im więcej popkultury i Internetu, tym trudniej o realizm i …poezję. Dowody? Wczoraj dostałam wieprzki, dużo wieprzków*. Ucieszyłam się i natychmiast przefrunęła mi przez głowę myśl: Koniec ze smutkiem pustych słoików! Jeszcze nie wyfrunęła mi z głowy do końca ta myśl moja, a już pod frazą „smutek pustych słoików” tańcowały mi obrazy warszawskich słoików, wrocławskich, krakowskich, poznańskich, łódzkich, a nawet…rzeszowskich. Normalnie byłam przez nie tańcowana! To ci heca! To ci siła pop-języka! Uważajcie na nią copywriterzy! Uważajcie! Koniec ze smutkiem pustych słoików Słoiki pobrzękują w stolicy, Słoiki pobrzękują w stolicy, Słoiki pobrzękują w stolicy, Oko za oko, wek za wek.                                                                                      (Big Cyc) *Dla niewtajemniczonych: wieprzki to śląska nazwa agrestu, a słoiki (słoikarze, słoictwo) to wiadomo. Teraz czas na Ciebie. Blogowanie to gra zespołowa.  * Zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla

Polski target

Byłam wczoraj na targu. Mówiąc bardziej storytellingowo: byłam w brzuchu mojego miasta. A tam w trzech miejscach (przy truskawkach, przy nabiale i przy mięsie) niezależnie od siebie ta sama fraza wpadła mi w ucho: „wiara wiarą, sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po mojej stronie”. Echo jakieś, czy co? #moja prawda jest najmojsza  # maladie subjective  #gdzie Polaków dwóch, sądy idą w ruch Teraz czas na Ciebie. Blogowanie to gra zespołowa.  * Zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla mnie ważna wskazówka. ** Jeśli Ci się podobało, prześlij ten wpis dalej. Sprawisz, że moja praca przyda się kolejnym osobom. ***Polub  Content i Marketing   na Facebooku.

Mięsożercy mogą odejść

Śniło mi się, że pod moim domem przechodziła wege parada. Mój uśpiony mózg atakowały hasła: Mięsożercy niszczą ziemię! Mięsożercom mówimy nie! Mięsożercy muszą odejść!  Mięsożercom dziękujemy! Precz z mięsożerczą obsesją! Mięsoholicy wstydem naszej planety!  Mięsojady do szuflady! A co z mięsożerczyniami? – myślał sobie mój mózg, całkiem przytomnie jak na to, że był uśpiony. – Czyżby one mogły skubać polędwiczkę? Co z suczkami i kociczkami? Co z aligatorkami?  – Niech żyją zielone koty i kotki! Niech żyją zielone psy i sunie! Niech żyje sałata dla aligatorów! Niech żyje zielona karma dla wszystkich! – skandowali uczestnicy wege parady jakby czytając w moich myślach. Ze snu wyrwał mnie głos, który wyraźnie dochodził zza ściany mojego pokoju: „Nasza rosiczka płacze i płacze. Chyba jest głodna?!”. W mojej niby obudzonej, ale jeszcze śpiącej głowie jakaś moja dziko mięsożerna część bezgłośnie szeptała: O rosiczki, o tłustosze, o pływcze! O karnawały i posty! O grille maści w

Piwne oczy i już

Wakacje. Żar leje się z nieba. Wzdłuż drogi, którą leniwie przemierzam, królują: cykorie podróżniczki (niby cykorie, a podróżniczki, he, he) i billboardy z Ż… I mimo woli zaczynam myśleć o polskich reklamach piennych przyjemności. Tych czystych reklamach, bo o reklamach piwa ulokowanych w literaturze czy filmie można by napisać książkę. Tom opasły jak..brzuch Zagłoby. No i myślę sobie, jadąc leniwie  wzdłuż drogi, której pilnują cykorie podróżniczki i billboardy z Ż, że piffko dla mężczyzny („Kurka siwa, chcemy piwa!”) jest tym, czym dla kobiety …czekolada. Nie bez powodu Maklakiewicz śpiewał: „Małe piwko z korzeniami zastąpi łzy”, a inni mawiali że „ono wie, co dobre”/„ono wie, co dobre dla mężczyzny” i „ono nie pyta, ono rozumie”. No i myślę sobie, że wiele opowieści o mężczyznach mogłoby zaczynać się od słów: W niejednym barze piwo pił. I każda z przestróg, które miałyby jakiekolwiek szanse  przyjęcia w męskim świecie,  mogłaby tak naprawdę sprowadzać się do zdania: nie chwal