Przejdź do głównej zawartości

Posty

Przy piwoniach

Początek czerwca. Ten czas kiedyś kojarzył mi się z kwitnącą piwonią. Rosła pod moim domem, nieopodal wejścia do ogrodu. Po śmierci mojej mamy, z braku stałej opieki, rok w rok nowe pędy piwonii ścinali przypadkowi kosiarze. Ciekawe czy wycięli ją na zawsze, czy żyje swoim życiem podziemnym?  Piwonie są kojarzone są z Chinami i Japonią, z  cesarzami wielu dynastii, z ich żonami i kochankami oraz ich nadwornymi poetami. To chyba ci ostatni podnieśli piwonię do rangi królowej wiosennych kwiatów (w paru przypadkach wszystkich kwiatów), do symbolu piękna, elegancji, dobrobytu, szczęścia i kobiecego wdzięku. Do 1929 roku piwonia była oficjalnym kwiatem narodowym Chin. Podobno nawet dzisiaj wielu Chińczyków za taki ją uznaje.  Jednak obok tej azjatyckiej nitki historii piwonii biegnie nitka europejska. Zaczyna się wśród mitów, jak europejska historia prawie wszystkiego.  Według jednego z greckich mitów piwonia to lekarz  Paeon (Paean), przemieniony  w kwiat przez Zeusa, dla ochrony przed  As
Najnowsze posty

Ostatnia sobota kwietnia

Ot i koniec kwietnia 2022. Na świecie wojna i tysiące innych nieszczęść, a w ogrodach … kwitną śliwy. Jak co roku, kwitną biało i delikatne, eterycznie.  W dalekiej Azji łączą śliwy ze szczęściem. Pięć jej kwitnących płatków symbolizuje 5 bogów szczęścia – długiego życia, bogactwa, dobrego samopoczucia, cnoty i zdrowia.  W dalekiej Azji kwiat śliwy uważają za jeden z najpiękniejszych, obok chryzantem i storczyków.  W dalekiej Azji kwitnąca śliwa jest kobietą. Przedstawiana wraz z bambusem tworzy żeńsko-męską parę, złożoną z różnicy. Dla wtajemniczonych obraz tej pary pulsuje oczywistymi i sekretnymi opowieściami, nierzadko z pieprzykiem erotyki (a nawet pieprzem!). Stoję pod drzewem polskiej kwitnącej śliwy i powtarzam za Bashô:  W tych kwiatach śliwy  nawet krowa zanuci  pierwszy wiosenny śpiew.  W tych kwiatach śliwy  nawet krowa zanuci  w tych kwiatach śliwy.   Ume po polsku. Blogowanie to gra zespołowa.  * Zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla mnie ważna wskazówka. ** Jeśli

Opowieść z rozłogami

Jest sobota, a zatem pora na felieton weekendowy. W ten weekend nie będzie jednak felietonu, a recenzja. Będzie recenzja Złodziejki truskawek , na pożegnanie sezonu truskawkowego i dla zatrzymania paru szybkich myśli nad tą osobliwą opowieścią, a właściwie polem opowieści. Bo myślę sobie, że dziś – w czasach narracyjnego boomu – mówienia o opowieściach i narracjach nigdy za dużo.  Joanne Harris, Złodziejka truskawek Złodziejka truskawek Joanne Harris to powieść dziwna, z rozłogami. Prowadzą te rozłogi w przeszłość świata przedstawionego i do innych opowieści. Najbardziej do projektu dziewiętnastowiecznej tapety Williama Morrisa Złodziej truskawek oraz do Czekolady , głośnej niegdyś powieści tej samej autorki.  Wzór-cytat ze Złodzieja truskawek , zapach truskawek, smak, kolor i tekstura dżemów truskawkowych (ewidentnie nie ma tu dwóch takich samych!) oraz wysublimowane smaki czekolady przenikają się w tej powieści. Krzyżują się niczym jej bohaterowie, złączeni miejscem zamieszkania, p

Słowa i przyjemności

Będzie znowu o namingu i copywritingu, bo właśnie czytam: Vianne używa najlepszych ziaren kakaowca, sprowadzonych z plantacji na zachodnim wybrzeżu Afryki – czekolady naszpikowanej przyprawami o nazwach jak wyspy zaginionego archipelgu. Tonka. Wanilia. Szafran. Goździk. Zielony Imbir. Kardamon. Pink peppercorn. Nigdy nie podróżowałem père, a jednak te nazwy przenoszą mnie gdzie indziej, na nieodkryte wyspy, gdzie nawet gwiazdy są inne.  Joanne Harris, Złodziejka truskawek Różowy cedr, białe drzewo sandałowe czy… wyspy szczęśliwe (w ogóle wyspy!) to tylko kilka kolejnych nazw, które spontanicznie przychodzą mi na myśl, a podbijają smakowitość nie tylko kulinariów. Nie tylko. A może rację ma Czesław Miłosz, że to wszystko dlatego, że przywołane nazwy są naładowane poezją. (Może jedyną czytaną poezją naszych niepoetyckich czasów?) Pisał Miłosz przed laty:  Naładowane poezją słowo wyspa wabi, przyciąga, obiecuje.  Czesław Miłosz, Żegnajcie Wyspy! No i rymuje się wyspa w wyobraźni z rajem,

Tajna broń

Dziwne bywają przypadki mianowania rzeczy, nazywania ich dla rynku, czyli tzw. namingu. Weźmy na przykład taki kostium bikini. Dziś jest on zadomowiony, a raczej zaplażowany, tak bardzo, że ani on sam, ani jego nazwa nie budzą żadnych emocji ani skojarzeń. Wystarczyło 70 lat z okładem, aby oderwać nazwę od jej gorących kontekstów, od skojarzeń geograficzno-polityczno-społecznych.  Bo przecież bikini, ten „rewolucyjnie  skąpy” kostium (minimalny, itsy bitsy, teenie wenie, petit – jak o nim kiedyś mawiano), odsłaniający pępek  i biodra, wziął swoją nazwę od próby broni nuklearnej na atolu Bikini. A właściwe od wielu podwodnych prób, które zmieniły rajski zakątek w strefę militarnego skażenia. Trwa ono do dzisiaj.  Trudno dzisiaj powiedzieć, co zadecydowało o nadaniu właśnie nazwy „bikini” kostiumowi plażowemu „mniejszemu od najmniejszego kostiumu kąpielowego na świecie”, wprowadzonemu na rynek we Francji latem 1946 roku. Czy była to ignorancja, która pozwalała nie widzieć i nie słyszeć n

Czerwiec 2021 albo ostateczna śmierć przyjemności

Pamiętam te dawne transmisje telewizyjne – letnie wieczory, na szarym ekranie Opera Leśna w Sopocie: piękne kobiety, piękni mężczyźni, piękne piosenki. No dobrze, może nie wszystko i wszyscy byli piękni, ale wszyscy byli świetnie skrojeni. Dosłownie i w przenośni. Jak ... słowiki. Pamiętam jak z Z. czekałyśmy na tamte obrazy z eleganckiego Sopotu w  czasie festiwali piosenki. Każda z nas czekała na coś innego: Z. na paradę piosenki, ja na – paradę elegancji: fryzur, makijaży, sukien i …klipsów oraz innej biżuterii. Czekałam na kobiety z klasą, na  dżentelmenów, na  ludzi z aurą – na scenie i na widowni. Dziś przeglądam za to nagłówki doniesień i zdjęcia z Polsat SuperHit Festiwal 2021. I dopada mnie myśl o totalnej śmierci elegancji, subtelności, wdzięku. I dobrego smaku. I przyjemności. Przyjemności rozumianej po prostu: jako plaster na braki nasze codzienne. Taki plaster nasączony pięknem słów i muzyki: naturalnym, delikatnym, budującym, uniwersalnym choć śpiewanym w nieznanych język

101 dowodów na siłę truskawek

Truskawki. W sezonie można o nich bez końca. Można różnie. Najczęściej  mówi i pisze się o nich kulinarnie, prosto i technicznie, niczm  na zamówienie receptariusza. Ale o truskawkach można też mówić entuzjastycznie, z takim dzikim entuzjazmem, jak umieją tylko Amerykanie, śpiewający: Very! Berry! Strawberry!  Very! Berry! Strawberry!   Można też  mówić/ śpiewać o truskawkach w stylu Moni-Mini – ciut dziko, ciut infantylnie, w każdym razie wesolutko: Strawberry pie-yai-yai-ya-yai Strawberry pie, oh, strawberry pie Strawberry pie-yai-yai-ya-yai Strawberry pie, oh, strawberry pie Juppai amai strawberry pie Chicchai amai strawberry pie Saa! Ippai yume no mini pie! Można też o truskawkach opowiadać w sposób pyszny narracyjnie, prosty i plastyczny, akcyjny, z brawurowym finałem (nieomal filmowo) i z socjologicznym podtekstem, jak to umiał tylko – Johnny Cash. W  Strawberry cake śpiewał mniej więcej tak: W Nowym Jorku po prostu szedłem ulicą Zabrakło mi pieniędzy, nie miałem nic do jedzenia