Przejdź do głównej zawartości

Posty

Znikające rozmiary

Nie tak dawno pisałam o znikających rozmiarach. A tymczasem dziś nawinął mi się jeszcze jeden dowód tego fenomenu, bądź co bądź marketingowego. Tym razem nie chodzi o operowanie coraz mniejszymi rozmiarami, ale o ….rezygnowanie z rozmiarów. O odzież uniwersalną, plastyczną, elastyczną, one size, magiczną, jak ze „Stowarzyszenia Wędrujących Dżinsów”.  W  opisach produktów coraz częściej można przeczytać: „Jeden dla wszystkich!”, „Wszystkie w jednym!”,  „Wybierz one size i zyskaj komfort oraz stylowy wygląd!”, „Wierzymy, że wszystkie sylwetki są piękne, dlatego nasze ubrania są w uniwersalnym rozmiarze”, „Po prostu uniwersalne!, „Tolerancyjne!”, "Bez uprzedzeń!", „One-size-fits-all”, „Free size”, „Oversize”. A oto mój dowód na znikające rozmiary, pewien opis, pewnego produktu: Czy może być coś bardziej uniwersalnego niż plastyczna bluzka pasująca na wszystkie rozmiary? Z myślą o kobietach szczupłych oraz tych o pełniejszych kształtach, gruszkach, klepsydrach, atletycznych rami
Najnowsze posty

Zanzibar

Wczoraj zmarła Maria Koterbska. Zmarła, gdy wokół padał śnieg. A dla mnie Maria Koterbska była w swych piosenkach poetką deszczu, jesieni, rudości. Myślałam o Koterbskiej kilka dni temu. Przyszła mi na myśl jej piosenka, kiedy po raz kolejny czytałam o Zanzibarze, „Wyspie dzisiejszych celebrytów”. Koterbska też śpiewała o  Zanzibarze*, wyspie wygrodzonej ze  słów, obrazów, dźwięków, rytmów i melodii powszedniości, wyspie miłości. Śpiewała:  Gdy nadchodzisz, wołam: "Zanzibar" Wołam: "Zanzibar" -  znaczy: "Witaj mi!" i dalej: Żeśmy biedni - to co? Że bezdomni - to co? Dla nas klomb pyszni się Dla nas wiatr, dla nas ptak Dla nas gwiazdy jak szkło (…) Nie naśmiewajcie się z naiwnych naszych szyfrów, czarów Zakochani płyną nurtem swoich Zanzibarów A świat odkrywa dla nas tajemnice ciągle nowe Więc jakże niezwykłe rzeczy wołać zwykłym słowem? Ehhh, Maria Koterbska była też w swych piosenkach poetką miłości lat 50.60.70. *Polska wersja piosenki Csinibaba (János

Pstrykasz więc jesteś

Wczoraj minęły kolejne urodziny Susan Sontag. Zawdzięczam jej wiele. Przede wszystkim – lekcje fotografii. Zawdzięczam jej myślenie o fotografii jako o „zamrażaniu” wykrojonych kawałków światów. (Jeszcze jakiś czas temu  nie dostrzegłabym „gastronomicznych” jakości w tej  chłodniczej mataforze).  A więc jest fotografia zamrażaniem wykrojonych kawałków świata, świata niekoniecznie prawdziwego. Bo fotografia – o czym dziś wiadomo doskonale – bywa wyśmienitą „podrabiaczką rzeczywistości” – gładzią i antygładzią, filtrem, montażystką. Niewierną referentką. Susan Sontag wiedziała o tym od dawna. Całe lata przed Instagramem – świętą ścianą fotografii masowo i automatycznie „retuszowanej”, filtrowanej, manipulowanej. Była Sontag historyczką, teoretyczką i profetyczką w temacie fotografii. Pisała:  „Wszystko istnieje po to, by znaleźć się na fotografii”, długo przed fenomenem selfie. Sontag przewidziała łatwość  i potrzebę fotografowania. Mówiła: Jesteś zadowolony – pstrykasz, tęsknisz –  pstr

Będzie pani zadowolona, czyli pochlebstwo metek

Satysfakcja klienta jest święta. A zwłaszcza klientki. Czasami tak święta, że inspiruje i rozgrzesza różne kłamstewka i kłamstwa marketingu. I nie chodzi mi w tym momencie o sztukę mówienia eufemizmami. Chodzi mi o fenomen ….rozmiarów próżności (ang. vanity sizing). Chodzi mi o takie znakowanie rozmiarów, by klienci czuli się …szczupło. Podobno dawna amerykańska damska 12 (z 1958 roku) to dzisiaj 6. W dodatku 6 na etykiecie dżinsów jednej marki, wcale nie odpowiada 6 na etykiecie dżinsów drugiej marki.  Według Stephanie Clifford z "New York Times", ta sama kobieta może nosić rozmiar 4 w jednej marce i rozmiar 10 w innej. To istny karnawał wymiarowania, w imię pielęgnowania …dobrego nastroju i pewności siebie oraz zaufania do marki.  To nie żarty, to motywacja podparta  badaniami, które  mówią, że klienci, a zwłaszcza klientki, chcą kupować ubrania-pocieszajki – najlepiej w takim samym rozmiarze jak wtedy, gdy miały 18 lat  albo w….uniwersalnym! Jeden rozmiar pasuje najlepiej!

Marketing, marka osobista i relacje

Po wczorajszej „lekturze” mediów społecznościowych, i innych mediów, przypomniało mi się coś, co może się przydać specom od marketingu i wszystkim, którzy „chcą być dobrze” w Internecie. Może się przydać każdemu, kto chce po prostu budować dobre relacje z innymi. Przypomniała mi się stara przestroga autorów Znajomych na wagę złota :    (…) traktuj ludzi, do których piszesz tak, jakbyście byli w tym samym pokoju. Kiedy przychodzi się w gości na podwieczorek nie wypada wyciągnąć megafonu i reklamować swojego produktu, przerywać rozmów, żeby się pochwalić. Nie wypada też zmyślać. Każdy, kto oglądał trochę seriali albo czytał sztuki Szekspira, ten wie, że udawanie kogoś, kim się nie jest, z reguły źle się kończy. Będąc sobą, można osiągnąć znacznie więcej*.     * D. Barefoot, J. Szabo, Znajomi na wa gę złota. Podstawy marketingu w mediach społecznościowych . Przeł. J. Andrusiewicz. Warszawa 2011, s. 89.  Blogowanie to gra zespołowa.  * Zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla mnie w

Marketing, groza, dystopia

Można ludzi porywać do akcji czy konsumpcji zasadniczo na dwa sposoby: tworząc marzenia lub powiększając lub pomnażając lęki. W końcu każdy chciałby liznąć lepszego świata i każdy boi się utraty: wolności/swobody, tożsamości/osobności, bliskich, dostępu do zdrowych zasobów powietrza, wody, jedzenia, dorobku życia, płynności finansowej, zdrowia,  etc...  Są jeszcze tacy, który lubią się bać „w ogóle”, tak „totalnie”, ale to target dla twórców i dystrybutorów rozrywki z etykietą „horror”.  Pomnażać lęki można na przykład przez roztaczanie wizji dystopii, przez wmanewrowanie cudzych wyobraźni w takie czy inne „projekty czarnej przyszłości”, w  takie zadanie myślowe: „ Co by było gdyby….”.  Dystopie mają charakter mrocznych fantazji gęstych od zagrożeń, mają charakter spekulatywnych fikcji tańcujących wokół  czarnych faktów wyłuskanych z przeszłości i czarnych prognoz różnych maści. Niektórzy – na szczęście dla marketingu – utrzymują, że dystopie mają charakter ostrzeżeń, dzwonków alarmowy

O miejscach wspólnych cukru i marketingu

Zły dnia dziesiejszego. Kiedyś krzepił. Dziś jest zły. Jak choroba i śmierć. Ambrozja motłochu mówią o nim dzisiejszej celebrytki. Słodka pułapka – powtarzają dietetycy. Jedna z czterech polskich białych śmierci, he, he,he  – rechoce pewien polityk. Ostatni z kolorowych oryginałów. A jednak bez niego, bez cukru – bo o nim mowa nie byłoby greckiej wiary starożytnych w afrodyzjak ukryty w trzcinie cukrowej, wiary współdzielonej z Chińczykami. Nie byłoby „cukrowych lokajów” Ludwika XIV i tych srebrnych cukiernic, których strzegli. I cukru z lukrecją by nie było – klasycznego leku „na płuca” w czasach klasycyzmu. Nie byłoby cukierków, cukierenek, słodkich cukierniczek (o których mówiono „sam cukier”)  i cukierników, i czekolady, i Sachertorte – kwintesencji austriackiej słodkości. I austriackich kandyzowanych fiołków świat by nie znał.   Nie byłoby też wielu fragmentów Szekspirowego teatru, miedzy innymi tego, ze Straconych zachodów miłości : BIRON do Księżniczki  Piękna, na słodkie twoje