Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2017

Copywriting, ach copywriting

Powoli staję się monotematyczna – tu copywriting, i tam, i jeszcze tam. Dzieje się tak, bo filtruję i organizuję na nowo moje myśli o copywritingu. Myśli zebrane z cudzych i własnych doświadczeń. Nadsłuchane, wymyślone, wypróbowane w działaniu.

A ponieważ  skapitulowałam i w końcu uznałam, że codzienne (no dobrze, prawie codzienne!) powtarzanie pewnych reguł – motywuje,  organizuje, broni przed dryfem i pożarciem przez smoka nadkreatywności, „bawię” się w  tworzenie swoistego Regularnika Copywritera.   Dziś jedna z jego odsłon: Top 9 w copywritingu

Więcej tutaj!


Teraz czas na Ciebie. Blogowanie to gra zespołowa.  * Zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla mnie ważna wskazówka.
** Jeśli Ci się podobało, prześlij ten wpis dalej. Sprawisz, że moja praca przyda się kolejnym osobom.
***Polub  Content i Marketing  na Facebooku.

Grudzień, czyli czas na staropolskie klimaty

Już mamy środek grudnia – najbardziej staropolskiego miesiąca w roku. Miesiąca spod znaku: pierników, aniołów,  gwiazd, kolęd i pastorałek.  Miesiąca z  frazą – „A my do Betlejem”. A tak nawiasem mówiąc, całkiem niedawno dowiedziałam się, nazwa tego miasta wywodzi się od Bet Lehem, co dosłownie oznacza  „Dom Chleba”…

Piernikowanie mamy już za sobą, bo przecież zwyczajowo rozpoczęło się  wraz z 25 listopada. Jadwentowanie  jest już na półmetku.  Dzień  Anioła 2017 też już przeżyliśmy.  I z dnia na dzień jest nam coraz  bardziej „Miedźno, pierno, miłowonno”, czyli „Miodowo, ostro/ pieprznie i ziołowo, aromatycznie”.
Miedźno, pierno, miłowonno Zamiłowanie do indyjskiej miłowonności za sprawą goździków, cynamonu,  imbiru, pieprzu  mamy w narodowych genach.

Podobno nasi praszczurowie nawet „czarna polewkę” przyprawiali  octem, słodkością (!), pieprzem, imbirem , cynamonem, goździkami, sokiem  wiśniowym.  A cynamon sypali suto  wszędzie, choćby do swojej super jajecznicy – na maśle i wini…

Święta potrzebują PR-u i marketingu

Święta i obyczaje nie tworzą się same. Są wytwarzane. Ich początkiem może być na przykład prasa. Jak w przypadku dzisiejszego Dnia Świętej Łucji, święta przede wszystkim skandynawskiego, choć przejętego od Włochów, a i coraz bardziej popularnego u nas.

Dzień świętej Łucji to święto przełamywania  mroku i chłodu długich nocy przez  zorganizowane światło. Po raz pierwszy urządziła je w 1927 gazeta ”Stockholms Dagblad. Nieprzypadkowo powiązała je z imieniem Łucji  (od łac. lux – światło), które kiedyś – gdy bardziej ważono znaczenie imion – nadawano dziewczynkom narodzonym o świcie, "rozświetlonym z urodzenia".

Dzień Świętej Łucji bywa nazywany świętem światła, świetlistości, złocistości. Choć można by go nazwać też świętem bieli pośród czerni, nadziei pośród nocy, tradycji, wspólnoty, itd… No i oczywiście świętem gastronomii, bo to czas gorącej kawy, grzanego wina i szafranowych bułeczek z rodzynkami (lussekater).

Tu i ówdzie, poza Szwecją, jest także Dzień Świętej Łucji świę…

Koniec zorganizowanego blogowania?

Tak jest, że większość z nas pracuje dziś w mediach społecznych zdobytych dla siebie. Uprawia swoją rolę, orząc klawiaturą i myszką.  A że większość  uprawia rolę  dzierżawioną (choć czasami temu i tamtej się wydaje, że własną),  w każdej chwili może otrzymać wiadomość, że  umowa  dzierżawy właśnie się zmienia albo dobiega końca.

Metafora wynajemcy i najmującego świetnie pasuje do różnych naszo-nienaszych e-przestrzeni,  na przykład do  „kawałka własnej podłogi” na takiej czy innej platformie blogowej czy w portalu społecznościowym z Facebookiem na czele.  A piszę o tym w związku z informacją, że zwija się z blogowego rynku blogowa platforma blog.pl (należący do Grupy Onet-RAS Polska)* - wciąż reklamowana jako Polskie Centrum Blogowe i jako przestrzeń blogowa dla 1 791 224 blogerów.


Wcześniej o zamknięciu platformy blogowej  Blox Lite działającą m.in. w serwisie Tok fm.pl poinformowała Agora. A tu  i ówdzie pojawiają się głosy mówiące o tym, że tylko patrzeć jak grrruuuchnie potęga F…

Anielski copywriting

Dziś  Dzień Anioła. Rozanieli nam się w naszych miastach, miasteczkach i wsiach. Jak co roku, nasze polskie zaanielenie i rozanielenie będzie  codziennie narastało. Aż do 26 grudnia. A i później tu i ówdzie mignie jakaś anielica (niekoniecznie złotowłosa), niestandardowy anioł czy aniołeczek.

Na tej przedświątecznej fali przypływu anielskości przyszło mi na myśl pytanie: jak anielskość jest obecna w słowach i treściach biznesowych. Nie, nie chodzi mi o tę jej obecność odświętną – ale o tę całoroczną, na przykład w nazwach firm i produktów, w hasłach reklamowych. Jak to mówią na mieście – w namingu i copywritingu.

Przywołanie anioła/aniołów (i anielskości!) w namingu czy copywritingu oznacza rzecz jasna przywołanie skojarzeń z nim/nimi związanych. A w naszej polskiej kulturze anioł był i jest (pytanie: Czy i jak długo będzie?) ikoną pośrednika dobroci, znakiem dobrej opieki, misji specjalnej, dyskrecji, sielskich czasów, słodkiego dzieciństwa, czasami metafizyki i patronem …. telekomu…

Bajeczny bywa skuteczny

Wielu copywriterów popełnia ten sam błąd – buduje  pozycję na rynku w oparciu o swoją niezwykłą wyobraźnię! Magiczną, nadludzką. Ostatnio nawet zetknęłam się z autopromocją w stylu: „jestem copywriterem z bajeczną wyobraźnią” i  „posiadam bajeczne referencje”.

Piękne to, ale mało przekonuje. Bo zleceniodawcom, i to niezależnie od  zasobności portfela, wcale nie zależy na bajeczności wyobraźni ludzi zatrudnionych przy marketingu (w tym copywriterów). Zależy im na ich skuteczności. A co do wyobraźni copywriterów,  to  wydaje się, że ważniejsza jest ta  przewidująca,  niż  na ta bajeczna. Przewidująca skutki działań – wizerunkowe, zasięgowe, ekonomiczne.

Choć, z drugiej strony  copywriting, zwłaszcza ten adresowany do odbiorcy masowego,  wciąż kocha magię, niezwykłość, oszołomienie, feerię, bajkę. 

Pozostaje więc tylko jedno: przekonać zleceniodawcę, że bajeczny może być skuteczny. 
Bagatelka! Bagatelka? Bagatelka…

Powiązane12 cech dobrego copywritera
5 przykazań dzisiejszego sprzedawcy
Pisa…

Marketing i serial, czyli super para

Dziś święto Barbar, Feliksów, Krystianów, Górników i Górniczek, ale także kolejna rocznica zawarcia niezwykłego związku pomiędzy serialem a marketingiem. 84 rocznica. Ważna dla wszystkich, których interesują punkty stałe, zmienne i przepływy pomiędzy akcją w fikcyjnym świecie a promocją i marketingiem. I nie jest  w tym przypadku najistotniejsze czy jest to akcja czytana samodzielnie,  czy przedstawiana radiowo, filmowo czy multimedialnie.

Wszystkiego najlepszego Wszyscy Drodzy Solenizanci! 

Dzień Czerwonego Jabłka

Na złość pogodzie i przyrodzie, grudzień otwiera Dzień Czerwonego Jabłka. Jabłko jakie jest, każdy widzi. Rzecz jasna, że każdy widzi inaczej, zwłaszcza czerwone jabłko. Dajmy na to, taki  człowiek marketingu widzi jabłko jako produkt związany z  pierwszym wezwaniem do akcji i z pierwszą udaną konwersją! Naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że  pierwszą copywriterką była biblijna Ewa!


Nic nie jest absolutnie dobre, nic nie jest absolutnie złe

W treściach, podobnie jak w przypadku innych „produktów”, nic nie jest absolutnie dobre, ani absolutnie złe. Wszystko jest względne. W zależności od tego:
•    jaki jest ich cel nadrzędny,
•    gdzie  (w jakich kanałach) będą publikowane,
•    w kontekście jakich treści będą publikowane,
•    dla kogo będą  przeznaczone!

Niby to, co napisałam wyżej,  jest jasne jak słońce, niemniej często potrzeba ekspresji i wyrażenia siebie powoduje, że autor (autorzy) tworzą treści egoistyczne, które odpowiadają wyłącznie na ich autorską wiedzę (zob. klątwa wiedzy), ich potrzeby, ich gusty, ich ambicje. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby było tak, że to co nam się podoba i co my lubimy, podoba się innym i stanowi niezły rynkowy potencjał (RP). Niestety,  niezwykle rzadko sprzedaje się to, co nam się najbardziej podoba. Każdy, kto choć trochę postał na realnym rynku (albo powisiał  na wirtualnym ) doskonale zna ten ból!
Trzeba pokochać bycie rybakiem W literaturze marketingowej, ale i w zwyczajnyc…

Czarny piątek albo black weekend

Ludzie od marketingu są bystrzy i dobrze zorientowani. Rzecz jasna, zorientowani na sprzedaż. Nic więc dziwnego, że nie lubią, gdy się marnuje jakakolwiek zakupowa energia (ZE). Albo gdy marnuje sięjakiś produkt do sprzedania, choćby nawet był jeszczelekko niegotowy albo niedojrzały, jak … francuskie wino beaujolais nouveau – imponujący triumf marketingu nad smakiem.

Wymyślają więc ci dobrze zorientowani ludzie marketinguw towarzystwie ludzi od dobrego budowania wizerunku (i relacji!) coraz to nowe etykiety, eventy, eskalacje. Jak na przykład święto młodego wina albo… dokonują „rebrandingu” starych nazw. Oczyszczają je z wszystkiego,  co mogłoby się kojarzyć nieprzyjemnie. Dobrym przykładem jest tu właśnie nadchodzący „czarny piątek, który objawia się czasami w Sieci polskim użytkownikom jako czarny pitek albo czarny piatek.

Czarny piątek, coto? Na pierwsze dotknięcie ucha trochę dziwna ta nazwa „czarny piątek”: spokrewniona z nazwami ekonomicznych kryzysów, jak„czarny poniedziałek”, „…

Jak stracić sympatię i pieniądze

Stare polsko-amerykańskie przysłowie mówi: nieważne jak mówią, ważne żeby mówili. I o ile sprawdza się ono w niektórych przemysłach kreatywnych, bazujących na ciekawości gapio-widzów, o tyle rzadko  dobrze stosuje się w zwykłej sprzedaży.

Jakoś tak bywa, że raczej nie  lubimy dawać zarobić ludziom agresywnym (także biernie),   ignorującym innych  i obrażającym innych. Albo  niechlujnym,  niedbałym, niestosownym.  No może wyjąwszy klientów nastawionych  wybitnie opozycyjnie wobec przyjętych norm i wzorców. Takich wzorcołamaczy! Ale to przecież nisza.
Albo efekt Galatei, albo efekt Golema Istnieje nawet reguła społecznego wpływu, która mówi, że lepiej sprzedaje sprzedawca sympatyczny i lubiany, niż kontrowersyjny. Reguła lubienia i sympatii. Ta, którą przed laty  wyodrębnił Robert Cialdini, profesor psychologii Uniwersytetu Stanowego w Arizonie. Co prawda polega ona na przeniesieniu uczuć dotyczących osoby na przekazywaną przez nią propozycję, ale  – nie jest to żadną tajemnicą –  że …

12 cech dobrego copywritera

Dobry copywriter, specjalista od marketingowych słów i tekstów,  powinien łączyć  w sobie sprzeczności. Choćby tę najważniejszą –  bycie kreatywnym i posłusznym wytycznym. Wielu wytycznym: od klienta i twórców strategii marketingowej.

Copywriter musi  na przykład liczyć się z  briefami* zewnętrznymi i wewnetrznymi, wielkością i strukturą tekstów, które opracowuje.  Z ich  sąsiedztwem,  z językiem ich odbiorców (na mieście przezywają ich – targetem!), z frazami i słowami kluczowymi, po których internauci trafiają  na markę i ich produkty, itd…  No i rzecz jasna, musi się liczyć z presją czasu.

Pomiędzy twórczością a rzemiosłem
I jak się przyjrzeć copywriterskiej robocie, to tyle w niej kreacji, ile rzemiosła – powielania dobrych doświadczeń, stosowania procedur, zasad, chwytów.  Tyle w niej polotu, ile precyzji. Sama „lekkość pióra” – jak mówią na mieście – nie wystarczy.

Po czym zatem poznać dobrego copywritera? Przyszła mi do głowy taka lista podstawowa cech dobrego copywritera:
Zrę…

Drogie auta i kobiety

Czytam wszystko: reklamy, szyldy, ulotki, gazety. Nawet te darmowe gazety, jak Rossmanowy „Skarb”. I w ostatnim numerze trafiłam na  wywiad z Kingą Preis, w którym ta lubiana aktorka mówi:
Swoją drogą, czy zauważyła pani, że kobiety nie reklamują takich  produktów. (…)  Drogie auta, kawa czy alkohol – to wciąż domena panów*. Kierowczynie To, że  kobiety (i kobietom!) nie reklamują drogich aut,  to pewien paradoks dzisiejszości  – zmotoryzowanej i sfeminizowanej w sposób niemal powszechny. Tym bardziej dziwna to postać rzeczy, bo  przecież w latach 20. i 30. ubiegłego wieku  to właśnie kobiety  były  poważnymi klientkami dla dilerów samochodów. I rzecz jasna, były  mocno obecne w ich reklamach.  Nie jako ich ozdobniki, ale jako  kierowczynie. Kierowczynie… to przecież  jedno z modnych słów lat 20. i 30. –  epoki jazzu i automobilizmu.

W  latach 20. i 30. zeszłego stulecia to kobiety kobietom  reklamowały luksusowe   auta –
kobiety wytworne, kobiety trés sport,  królowe szos, nazywane…

Jak króliki

No i jest wpadka promocyjna. Rządowa promocja prokreacji jest jedną wielką klapą.

A wszystko przez brak ….wyobraźni, a dokładniej niemyślenie o adresatach przekazu promocyjnego. Bo myślenie o nich pokazałoby, że  do  wyspy tematów i problemów związanych z prokreacją  figura królika  i „króliczych historii” po prostu… nie pasują.  I sama  figura,  i  „królicze historie”  rzecz infantylizują/ wulgaryzują i wystawiają na ataki.

Wystawiają na ataki praktycznie z każdej strony: humanistów i humanistek, estetów i estetek, feministów i feministek osób dotkniętych problemem bezpłodności, rodzin wielodzietnych i rzeczników rodzin wielodzietnych. I zamiast promować  dbałość o dzietność, łączyć wokół jej  idei – najwyraźniej  zacietrzewiają ( Króliki zacietrzewiają, he, he!), dzielą.

Podobno twórcy scenariusza spotu chcieli stworzyć przekaz uniwersalny i na wskroś baśniowy (choć pewnie bardziej bajkowy), a wyszło jak zawsze – strasznie (tak  strasznie, że aż śmiesznie, choć w komentarzach media…

Podniebna podróż

Ach ci copywriterzy, nazywając, opisując, przywołując hasłami –  trafiają w najczulsze punkty: potrzeby, lęki, marzenia, wyobrażenia, miłości do rymu albo melodii i rytmu,  albo  zaspokajają głód żartu. A czasami   po prostu wszczynają opowiadanie historii, które tak naprawdę dopowiada sobie druga strona – klienci.

A piszę o tym, bo właśnie w miniony weekend  – spotkałam dwa przykłady nazw z historiami  do dopełnienia.
Pierwszy przykład, wzięty z piątku Wchodzę do kwiaciarni, zwracam uwagę na stylowe wisiorki z czterolistną koniczynką, pytam o  nie i  sympatyczna kwiaciarka opowiada mi  o… ich historii, i ich autorce. Puenta tego opowiadania jest taka, że to nie są żadne  wisiorki z koniczynką  zatopioną w żywicy, żadne tam „Szczęśliwe koniczynki”  czy „Na szczęście”, „Biała magia”, „Lucky”, „Quadrifoglio Verde (QV) )”, ale  … „Helenki”. Po prostu „Helenki”,  poświęcone Helenie, babci autorki – jej niegdysiejszej przewodniczce po magii ogrodów i szczęśliwych koniczyn.  Że są to kawał…

5 przykazań dzisiejszego sprzedawcy

Jest środa. Jak na połowę tygodnia przystało – trochę refleksyjnie, dla podsumowania i oznakowania tego, co ważne przed dalszą drogą. A ponieważ  pomyślałam, że komuś może się przydać – udostępniam.
Każda transakcja zaczyna się od rozmowy, a niektóre od monologu.  Ćwicz się w rozmowie. Także tej na piśmie. Dobrze znać swoich rozmówców dobrze, ale dobrze też mieć swój charakter.  Dobry pazur nie jest zły, byle nie za długi i nie za ostry! Nasłuchuj i dbaj o swój pazur.Sympatii nigdy za dużo. Bądź sympatyczny –  przydatny, wiarygodny, otwarty, pozytywnie zdystansowany i koniecznie  z poczuciem humoru. Dobry humor łączy!Większość ludzi lubi być zapraszana. Miej zawsze coś, na co możesz zaprosić.  W społeczeństwie dzielącym się na mięsożernych, na wiecznej diecie odchudzającej, wegetarian, wegan, itd… najbezpieczniejszym poczęstunkiem są dobre produkty informacyjne. (Nie dotyczy sprzedawców jedzenia!)Oferowanie wartości nie boli. Oferuj wartości a nie produkty.
Teraz czas na Ciebie. Blogo…

Co wspólnego ma szarlotka z Chevroletem?

Kto jej nie zna i nie jadł, ten trąba! Szarlotka niejeden ma skład, kształt i niejedną historię. I anegdot krążą o niej dziesiątki.

Szarlotka może być królewska, rustykalna i… filmowa (ach, ten American Pie, czyli dowcipna sprawa). Może być przepisowa i zupełnie nieortodoksyjna. Może być angielska, holenderska, rosyjska (charlotte russe), szwedzka i… polska.

Jako polska bywa stosowana w roli pretekstu pogłębiającego: jesień, weekend, spotkanie towarzyskie, publicystykę. Albo w funkcji leku na chłód, chandrę, nostalgię, samotność. Albo w roli usprawiedliwienia dla nierobienia rzeczy, które są do zrobienia. Polska szarlotka jest zdecydowanie subiektywna.

A jednak szarlotkę przejęli od starego świata i wylansowali Amerykanie. Wpierw przechwycili charlotte russe i zrobili ją nowojorskim przebojem w  latach  30. – 50. XX wieku. W kubkowej formie sprzedawali ją z umowną etykietką „odrobina luksusu na co dzień”. A później – w latach 70. – użyli jej w reklamie Chevroleta, w…

Układ prawie idealny albo golonka Ericha

Naming niejedno ma imię. Nie tylko w gastronomii,  rzecz jasna. Ale w gastronomii bywa szczególnie  apetyczny i ze smakiem się o nim mówi i pisze.  A jednym z filarów jest tu nazwanie potraw.

O górnolotnym nazywaniu potraw, które naprawdę nieźle sprzedaje (a  że czasami irytuje to inna sprawa) pisałam tutaj.  A dzisiaj słówko o  rozweselającym menu,  czyli o nazywaniu potraw  adresowanych do ludzi z poczuciem humoru –  o nazwach nietypowych, śmiesznych,  dziwacznych.  ekscentrycznych. Takich, które wbijają się w pamięć  i nie chcą z niej wyleźć.

I nie chodzi tu tylko o   niezamierzoną śmieszność wynikającą  z intuicyjnego przekładania z obcego na polski, jak  – angielski „hot dog”, singapurski „huj fun”,  czy hiszpańskie – „olla podrida” (zgniły garnek) albo „ropa vieja” (stare ciuchy) lub „moros y cristianos” (mułzumanie i chrześcijanie).
Nie chodzi też o śmiesznostki domowe albo towarzyskie, jak ciasto „smak mnie trafił” czy inne  zadziorne, sprytne czy wesołe  nazwy o ograniczonym…

Żółta żenada czy złote endorfiny?

Banan jaki jest,  każdy widzi.  Rzecz jasna, że każdy widzi inaczej. Jednak część naszych copywriterów widzi banany w sposób prosty albo wręcz prostacki.  A piszę tak w związku z najnowszym sloganem Grupy Citronex: Coś nie heloł? Jeloł to! 
Pochwała ponglish,  żenujący żart, czy prędka pożyczka? Żółta żenada – napisał ktoś w Sieci, komentując  ten slogan. I raczej miał rację.  Co prawda,  tajemnicą copywriterskiego światka jest zasada, że im bardziej masowy produkt, tym prostszy slogan. Ale  żeby mieć aż tak marne wyobrażenie o prostocie sloganu albo o humorze większej części naszych rodaków, to już  chyba przesada.  No i jego oryginalność jest taka raczej przechodzona, zważywszy, że ponglishowe jeloł wykorzystała już marka „Lipton”.


Niebanalne banany? Szkoda, że dla efektu humorystycznego i wewnętrznego rymu (heloł-jeloł) – mocno podejrzanej świeżości,  zapomniano o  „unikatowości” bananów –  ich swoistości, odrębności, walorach, choćby tylko tych zmysłowych.

I pomyśleć, że można by…

Aliteracja to jest to!

Lubię aliterację. Aliterację lubią też dzieci, poeci, muzycy, biesiadnicy, kibice sportowi i…copywriterzy. Dla niewtajemniczonych informacja: aliteracja ( łac. ad litteram – do litery) polega na przemyślanym ułożeniu tych samych  głosek w  wersach lub w grupach wyrazów, przez co uzyskuje się naprawdę niezłe efekty dźwiękowe i znaczeniowe.

I aliteracja wbija w pamięć. No bo jak tu na przykład nie zapamiętać Tuwimowej piwnej frazy: „pienne piwko”.  Albo pro-jeżynowego hasła „Jedz jędrne jeżyny!”.  I czyż nie lepiej brzmi „Rządź rzęsami!” niż „Rzęsy, które rządzą”? A swoją drogą: nie mogę sobie przypomnieć skąd ja znam ten slogan: „Rzęsy, które rządzą”?

Literatura sprzedażowa, jaką jest copywriting,  wykorzystuje aliteracje w sztukach: tytułowania (ach ten Julian Sivulka  i jego  Soap, Sex, and Cigarettes!),  tworzenia sloganów, nazw  firm i produktów.
Niezłe przykłady romansu aliteracji i copywritingu Aliterację szczególnie kocha copywriting dla motoryzacji.  Któż nie pamięta haseł – …

Jedzenie. Literatura. Copywriting.

Jedzenie i literaturę łączy prastary i supermocny węzeł. Ileż to dzieł powstało przy stole albo „po stole”, ogólniej –  po bibce, biesiadce, bankieciku albo salonowym śniadaniu, obiedzie, podwieczorku,   kolacji,  albo… po weselu czy stypie.

Nawet Artur Maria Swinarski w latach 30. napisał złośliwe Natchnienie poety: 
Polski pisarz nos ma czulszy,
Żaden mu się rym nie uda,
Jeśli go nie wykołyszą
Polski śledź i polska wóda.
Złośliwa to strofka i podobno adresowana całkiem konkretnie, ale – jak mówią na mieście  – w każdej złośliwostce tkwi jakiś  owies prawdy.

Jest też inna prawda:  wiele fajnych  miejsc z jedzeniem powstało z flirtu  z literaturą.  I nie tylko modne tu i ówdzie księgarnio-kawiarnie mam na myśli . Nawet nie  ich specjalną odmianę  – jak wrocławska księgarnio-kawiarnia, która nawiązuje do  speakeasy (= „tajny" bar w czasach prohibicji). Choć trzeba przyznać, że speakeasy ze swoimi legendami, klimatami i klimacikami  to całkiem niezły partner dla starej i nowej litera…

Wytworne kalosze?

Ciągle pada. Czas więc  na śniegowce, kalosze, deszczówki. Z pozoru to niekobiece obuwie.  Pozory mają jednak to to siebie, że mylą. Bo dowodów na kobiecość kaloszy, śniegowców i deszczówek Ci
u nas w bród. I cóż z tego, że część z nich to  reklamy? Przekonują i to jest najważniejsze.

Jest w wilanowskim Muzeum Plakatu cudowna reklama śniegowców autorstwa Tadeusza Gronowskiego (1929).  Z cudownym, leciutko dwuznacznym sloganem: "Gentelman. Śniegowiec wytwornej damy" i cudownie zwięzła w obrazie.  Plakatowo, a przy tym niczym w filmowym zbliżeniu,  prezentuje ta reklama  przede wszystkim śniegowce  historycznej marki „Gentelman” (ta nazwa też jest niezła!), a później dłuugie nogi aż po rąbek króciutkiej spódnicy Młodziaka Anno Domini 1929  i …wesołego szczeniaka pałętającego się pomiędzy śniegowcami.  Głowę daję sobie uciąć, że gdyby nie slogan,  nikt by nie zgadł, że  ta reklama liczy sobie prawie 90. lat.

Że pochodzi z czasów, kiedy  śniegowce „Gentelman” na „wytworność” (t…

Pomieszanie zmysłów: przekleństwo czy dar?

Synestezja i copywriting –  dwa obce słowa obok siebie. Oj, dostałabym za to po paluchach od niejednego polonisty. Nie mam jednak dziś lepszego i bardziej zwięzłego zestawienia  słów dla zatytułowania   wpisu o  „pisania na sprzedaż”  odbieranym wieloma zmysłami.

Bo synestezja – to nic innego jak wielozmysłowy odbiór bodźców. Zamiast synestezja mówi się często:  skrzyżowanie zmysłów albo  pomieszanie zmysłów, przesunięcie zmysłów, spektakl zmysłów, symfonia zmysłów,  rebelia zmysłów. 

O synestezji Mówiąc inaczej, synestezja to  smakowanie albo dotykanie – zapachów, dźwięków, obrazów.  Albo barwne widzenie słów,  fraz, cyfr. Jeśli dajmy na to  taki poniedziałek zawsze wyświetla  się komuś w głowie na niebiesko – to prawie ma jak w banku, że jest synestetą.  I to naprawdę nic, że innemu synestecie poniedziałek będzie się za każdym razem wyświetlał na czerwono albo na przykład  na żółto.
Bodaj najprzystępniej o synestezji pisała Nicola Morgan:
"Poniedziałki są czerwone. Smutek ma p…