Przejdź do głównej zawartości

Tytuły, który sprzedają


Jakiś czas temu pisałam o tytułach on-line, które działają jak magnes. Dobry tytuł przede wszystkim pozwala być zauważonym i odnalezionym w czeluściach Internetu. I jakby nie patrzyć – bez dobrego tytułu trudno zdobyć czytelników, którzy mogą stać się systematycznymi czytelnikami. A nawet fanami.

Dobre tytuły: przykłady

A wracam do sprawy tytułów, bo podczytuję sobie książkę Michaela Porta* (Stara ale jara! I do szpiku content marketingowa, choć wydana w 2006 roku!) – autora i biznesmena rozpoznawalnego jako „facet, do którego powinieneś się zgłosić, gdy masz już dość wąskich horyzontów”. (A swoją drogą, ilu naszych rodzimych autorów potrafi się tak jasno i wyraziście autopromować.)

Michael Port to specjalista od efektywnego i efektownego sprzedawania. A właściwiej od oferowania wartości i korzyści. Wartości, korzyści – niby to tylko słowa, jednak dużo lepiej się sprzedaje, gdy myśli się ich znaczeniami niż o cechach takiego czy innego produktu. Zwłaszcza, gdy sprzedaje się usługi. „Najlepsze rzeczy w życiu nie są rzeczami” – mówi obiegowe powiedzenie. Paradoksalne to, ale prawdziwe. 

I właśnie Michael Port, pomiędzy innymi „sprawami sprzedażowymi”, porządkuje też sprawę tytułowania artykułów i książek. Ze swojej – marketingowej perspektywy. A ponieważ sprawa tytułów jest ważniejsza niż się nawet niektórym  wytrawnym marketingowcom śniło,  notuję za Portem sobie, Wam i E-Muzom, że dobrze sprzedają tytuły, które :
  • przyciągają uwagę (na przykład: 50 najlepszych (i najgorszych) interesów w historii biznesu, 100 najlepszych książek biznesowych: poznaj niezbędny kanon, 200 odpowiedzi na pytania z marketingu.)
  • budują napięcie (przykładowo: Tajemnice dynamicznej komunikacji, Marketing społecznościowy: tajniki skutecznej promocji w Social Media i wszelkie tytułowe kulisy, sekrety, tajemnice,  )
  • opowiadają historie, które motywują (wszelkie: drogi do… takiego lub innego sukcesu, a najczęściej pieniędzy i sławy**, wszelkie autentyczne, nieznane i  niezwykłe historie sukcesów, choć także…tytuły i podtytuły w rodzaju: od zera do bohatera, od zera do lidera, od zera do mistrza feedera, od zera do ECeDeeLa )
  • podpowiadają, jak obchodzić się z powszechnymi lękami, obawami (na przykład: 10 największych obaw, jakie odczuwa każdy początkujący przedsiębiorca albo Przypowieść biznesowa o tym, jak pokonać trzy lęki, które niszczą relacje z klientem)
  • rozwiązują konkretne problemy (jak:100 sposobów na Google, Jak się wybić w świecie pełnym zgiełkuBabcine sposoby na wszystko, Bądź pro! 7 kroków do mistrzostwa w marketingu sieciowym)
  • budują więź emocjonalną (przykładowo: Czego nauczyła mnie choroba…, Jak osobiste nieszczęście przekuć w sukces )
Wszystkie przykłady zostały przeze mnie wyszukane albo wymyślone.    

*Michael Port, Zgarnij klienta: najszybszy, najprostszy i najbardziej skuteczny system umożliwiający pozyskanie tylu klientów, ilu nie jesteś nawet w stanie obsłużyć.Tł.. Joanna Sugiero."Helion" 2007.

**Biznesowe opowieści mają długą historię. Ich najlepszym przykładem są: amerykańskie opowieści motywacyjne z końca XIX wieku z serii „Rags to riches”, czyli „Od pucybuta do milionera”. Powstawały na fali rządowej idei wyzwalania aktywności biznesowej wśród Amerykanów i imigrantów, popularyzowania idei „self-made man”. Szczególnym popularyzatorem tej idei był Horatio Alger – autor hasła:„Sink or swim” (1870).

Teraz czas na Ciebie.
Blogowanie to gra zespołowa. 
* Zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla mnie ważna wskazówka.
** Jeśli Ci się podobało, prześlij ten wpis dalej. Sprawisz, że moja praca przyda się kolejnym osobom.
***Polub  Content i Marketing  na Facebooku.

Komentarze

  1. Woow- super! Bardzo przydatne wskazówki - dzięki ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Krótko, zwięźle i treściwie. Lubię takie wpisy co wyjaśniają wiele w nie przydługim tekście. Elaboratów nie znoszę czytać bo nie mam na to czasu. Super :)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Komentujcie, dopisujcie, nadpisujcie :)

Najpopularniejsze

Co to jest haul?

Słyszała(e)ś kiedyś wyrażenie „haul zakupowy”? Nie? To pewnie nie uczestniczysz w życiu zakupowej blogosfery, a zwłaszcza jej wersji wideo, czyli vlogosfery? A może słyszała(e)ś to wyrażenie, co więcej, masz o całym haulowym zjawisku już wyrobione zdanie? Może nie najlepsze? Masz pełne prawo! Podziel się nim, proszę. Będziesz moim pierwszym komentatorem! Haul i content marketing? A w ogóle dlaczego zajmuję się „zakupowym haulem”? Bo ciekawi mnie wszystko, co z marketingiem treści było związane, jest związane i związane być może w niedalekiej lub dalekiej przyszłości. A zakupowy haul jest chyba takim marketingiem, nawet jeśli nieświadomym czy spontanicznym, to znaczy przez nikogo nieopłacanym?    A tak nawiasem mówiąc, denerwują mnie te nazwy marketing treści czy content marketing, których jednak używam z całym dobrodziejstwem i… niedobrodziejstwem. Denerwują mnie, bo przecież chodzi tu nie tyle o marketing treści, ile przez treści i przez ten brak „przez” robi się zamę

Chwytliwe hasła

A jednak rymy w komunikacji wszelkiej maści są nieśmiertelne . Wczoraj wieczorową porą weszłam na Facebooka, a tu balet …rymów: „Pani Beato! Niestety, ten rząd obalą kobiety! Albo: „już to media podchwyciły, jakby całe życie z anarchią na piersiach łaziły”. Albo: „głośno wszędzie, czarno wszędzie, co to będzie, co to będzie!” Nawet niektóre hasztagi wyświetlające się na mojej facebookowej ściance ubrały się w rymy: #latowKato, #macchiatowkato. #nakawcewwawce. Może byłabym przeoczyła ten e-taniec rymów, gdyby nie to, że od pewnego czasu jestem wyczulona na rymowanie. Zwłaszcza w sloganach promocyjnych i reklamowych. I wbrew temu, co się sądzi „na mieście” rymy wcale nie wyszły z copywriterskiej mody. Mimo, że niektórych drażnią w sposób absolutny. Rymy robią niezłą robotę Rymy od zawsze bawiły, odróżniały, wyróżniały, wbijały w pamięć nazwy firm (i ich adresy), nazwy marek, produktów . O czym pisałam między innymi tutaj i tutaj . Rymy służyły także wyśmienicie czarnemu PR-owi,

Czekolada: kultowe hasła reklamowe

Jean  A. Brillat-Savarin o czekoladzie Czekoladę uwielbiał na pewno Król August III. Podobno codziennie wstawał o 3 nad ranem, wypijał filiżankę nieprzyzwoicie intensywnej czekolady i siadał za biurkiem. Sam z siebie, a raczej ze swojej królewskiej mądrości, nieprzyjemności królewskich obowiązków otwierał  czekoladową przyjemnością. A Brillat-Savarin, autor słynnej Fizjologii smaku (1825),  pisał:” […] gdy myślenie przychodzi mi z trudem i przygniata jakaś niewiadoma siła, do wielkiej filiżanki czekolady dodaję ziarnko ambry wielkości bobu, utłuczone z cukrem i zawsze pomaga mi to doskonale. Dzięki temu środkowi wzmacniającemu życie staje się łatwiejsze, myśl lżejsza i nie grozi mi bezsenność, nieunikniona po filiżance kawy na wodzie, którą wypijałbym w tej samej intencji” . I pewnie niekłamany był  ten jeden z jego 9 żali nad biednymi przodkami, którym nie dane było próbować smaków Anno Domini 1825: „ Bogacze Rzymu, którzy wyciskaliście pieniądze zewsząd, gdzie stanęła