Przejdź do głównej zawartości

Posty

Adwokatka w czerwonym płaszczu

Na Wirtualnej wciąż można przeczytać: „Sympatycy Andrzeja Dudy proszą   szefową jego kampanii w wyborach prezydenckich  Jolantę Turynowicz-Kieryłło, aby zmieniła czerwoną marynarkę, płaszcz i przestała się wyróżniać. Uważają, że w ten sposób kradnie uwagę należną kandydatowi”*.  Wspominam o tym, bo nie dalej niż wczoraj pisałam o sztuce kreowania wizerunku i emocji także przez garderobę,  w tym również  przez jej kolor. Wcale niebłahej sztuce. Zwłaszcza dziś, gdy sympatiami i antypatiami rządzą obrazy i obrazki. Zresztą nie tylko dziś i nie tylko w świecie komunikacji zapośredniczonej medialnie wpływa się na emocje i oceny innego przez pryzmat jego garderoby, dobrane do niej dodatki. Garderobą, jej kolorem i stylem od dawna grano „występując w roli" strony w sądzie. Przez garderobę manipulował swoim wizerunkiem na przykład Dal Fabbro, kontrowersyjny krytyk muzyczny, któremu wytoczyła proces Maria Callas – za druzgocącą recenzję. Gdy  miał zabrać gł...

Dredy Olgi Tokarczuk a wąsik wieszcza Słowackiego

  Zastanawialiście się kiedyś nad marketingowymi mocami ukrytymi w wyglądzie pisarza? Nie żartuję, pytam całkiem serio, bo wychodzi mi na to, że wygląd pisarza   wiele ułatwia na literackim rynku. Mam nawet nieodparte wrażenie, że w czasach, gdy reżyserami karier pisarskich są media i szczytem masowych marzeń jest widoczność,  wyrazisty wygląd pisarza (wwp) to podstawa jego medialnej persony. A jak wiadomo – wszystko zaczyna się od medialnej persony, od niej prowadzą ścieżki do samego pisarza i jego światów przedstawionych. I jakby nie patrzyć, nie chce dziś być inaczej Ehhh... ta uroda Nie od dziś wiadomo, że co miłe dla oka lepiej sprzedaje. A kto wie, że miły dla oka i sprzedaje, może to naprawdę nieźle wykorzystać. Istnieje nawet pojęcie adonizacji, czyli siły osobistego uroku mierzonej sukcesami. Także bezpośrednimi – liczonymi w euro, dolarach albo ...złotówkach. No i istnieje ekonomia piękna, którą od lat uprawia między innymi Daniel S. Hamermesh z U...

Jak napisać hit

Nie da się ukryć, dzisiejsza łatwość pisania sprzymierzona z łatwością wydawania, obfitują nadprodukcją książek. Gdy wchodzę do  księgarni, od progu  nachodzi mnie ochota żeby raz na zawsze przestać pisać i nie mnożyć opowieści z góry wydanych na śmierć z przeleżenia. Drzewa umierają stojąc, książki umierają zalegając. A z drugiej strony wciąż istnieją pisarze (i to wcale niestarzy)*, którzy potrafią swoje pisarstwo zamienić w dochodowy biznes. Czyżby kluczem do ich sukcesu była adaptacja do rynkowej natury naszej rzeczywistości i przyjęcie, że książka jest produktem po prostu, a autor jest producentem ? Wiem, że nie brzmi to dobrze dla pisarzy artystów, wychowanych na odrazie łączenia literatury z jakąkolwiek „użytecznością” i z normalnym rynkiem, którym rządzą „targety” oraz marketing, promocja (i autopromocja!), PR. Gdy książka jest produktem Nie tylko nam Polakom, ale i innym  wizja książki  jako produktu nie brzmi dobrze. Na przykład  Szwedom. A na ...

Polonez

Gdy gdzieś w Niderlandach święci się  Narodowy Dzień Tulipanów, u nas króluje polonez. Bo koniec stycznia to w Polsce tradycyjnie czas poloneza. Niegdyś tańca karnawałowego, a dziś także (a może przede wszystkim?) studniówkowego. Choć od kilku lat ten studniówkowy polonez wychodzi poza ramy tańca szkolnego. Coraz śmielej kolonizuje rynki polskich miast, miasteczek oraz media społecznościowe. Podbarwia je melodią, krokami i figurami „la polonaise”. A polonez to taniec arcypolski: paradny, dostojny, posuwisty, korowodowo-kołowy, z marginesem na improwizację lidera. Dumny (kiedyś mówiono o nim senatorski!),  jednocześnie – podskórnie niepokojący. Jakby wróżył zmianę („może to już ostatni, co tak poloneza wodzą?), rozstanie, nostalgię. Co tu dużo mówić, jest polonez wehikułem polskości (i romantyzmu!, jeśli wziąć pod uwagę, że wciąż kojarzony jest najczęściej z muzyką Wojciecha Kilara do Pana Tadeusza ) całkiem chętnie wykorzystywanym nie tylko w przemysłach kreatywnych, ale ...